Kto nigdy nie marzył, aby zobaczyć słynne, przepełnione tajemnicą i niebywałą energią kamienne kręgi Stonehenge…

Jednak mało kto wie, że podobne miejsca można odnaleźć w Polsce. Znajdują się one w okolicach dzisiejszych Węsior, Brąchówki, Grzybicy czy Odry.  Może nie tak wielkie i okazałe, ale równie fascynujące i niezwykłe. Naukowcy uważają, że należały one niegdyś do Gotów, chociaż na miejscu spotykamy przywieszone do drzew kartki z informacjami, że powstały jeszcze wiele tysięcy lat przed naszą erą, o czym świadczą porosty na głazach. Okoliczni mieszkańcy i członkowie Stowarzyszenia Badań Kamiennych Kręgów twierdzą też, że obserwowali tu ciekawe zjawiska pozaziemskie. Początkowo uważano, że kamienne kręgi są swego rodzaju nagrobkami stworzonymi przez Gotów. Potem hipoteza ta została podważona przez Ryszarda Wołągiewicza, który doszedł do wniosku, że kręgi były miejscami zebrań plemiennej starszyzny. Chłonęli oni energię od zmarłych przodków, naradzając się i podejmując ważne decyzje…

Do tej pory byłam w dwóch takich miejscach – Odrach i Węsiorach – położonych w pięknych, malowniczych lasach. Już samo przebywanie w tak urokliwej okolicy wprawia nas w stan relaksu, że ciężko stwierdzić, co nas tak odpręża – las, czy energia kręgów? A może jedno i drugie? 😊 Sama zadawałam sobie to pytanie dopóki nie przytrafiła mi się bardzo ciekawa historia…można powiedzieć rodem z filmów science fiction…

Razem z moim Krzysiem wysiadłam na pustym, leśnym parkingu, 1,5 kilometra za wsią Węsiory na Kaszubach. Obok stał tylko jeden samochód. To była sobota, piękny słoneczny dzień. Tzn był słoneczny dopóki nie zatrzasnęliśmy drzwi naszego auta, bo zaraz po tym usłyszeliśmy pierwszy okrzyk rozgniewanej burzy. Przez chwilę zawahałam się, czy nie przeczekać w samochodzie. Pusto, cicho, środek lasu i burza. Krzysiek zachęcił mnie do pójścia. Przeszliśmy przez leśną, drewnianą bramę i ruszyliśmy lasem wzdłuż szlaku do kamiennych kręgów. Niebo było podzielone na dwie części, a linia podziału biegła tuż nad naszymi głowami. Pół nieba spowite granatową, ciemną chmurą rzucającą piorunami, pół skąpane w obłoczkach, przez które nieśmiało prześwitywało słońce. Do tego piękny iglasty las,  zielony mech, pachnące powietrze, przyjemna temperatura i…. „O! Patrz Krzyś, już widać kamieeee….” I nagle ugięły mi się nogi. Dosłownie. Przez chwilę myślałam, że się przewrócę. W klatce piersiowej poczułam dziwny ucisk, a w głowie poczułam lekkie zawirowania. W niczym nie przypominały one jednak znanych wszystkim zawrotów głowy, czy uczucia zasłabnięcia. Było to totalnie nowe, dziwne doświadczenie. Zrobiłam kilka kroków w przód, ale uczucie się nasilało. Postanowiłam się wycofać. Oddaliłam się o 10 metrów, kucnęłam pod drzewem, bo nogi nadal mi drżały i odczekałam minutkę. Po chwili uczucie zaczęło słabnąć. W momencie, kiedy siedziałam z boku na teren kamiennych kręgów weszła rodzina, której samochód stał na parkingu. Patrzyłam na nich z zaciekawieniem, ale przeszli jak gdyby nigdy nic! Krzysiek też bez problemu mijał granicę, którą ja postrzegałam jako wielką, energetyczną ścianę. Postanowiłam wejść jeszcze raz, tylko ścieżką, kilka metrów dalej. Gdy tylko zbliżyłam się do linii „ściany” uczucie powróciło, klatka się zacisnęła, a ja zaczęłam szybko i płytko łapać oddech. Wycofałam się kolejny raz dysząc i sapiąc. Co teraz? Przecież muszę tam wejść, widzę pierwszy krąg zaledwie 20m ode mnie! Krzyś wziął mnie pod pachę i po raz trzeci podjęliśmy próbę. Im bliżej „ściany” tym nogi coraz bardziej się uginały, a klatka zaciskała. Ale…udało się! Przeszłam na drugą stronę, a uczucie ucisku pomału zaczęło wygasać. Podeszliśmy do pierwszego z kręgów. Na drzewach dookoła wisiały informacje o nazwie i przeznaczeniu kręgu, polu energii i sposobie korzystania z niej. Zalecało się stąpanie bosymi nogami po ziemi wewnątrz kręgu lub też oczyszczenie czakr poprzez ułożenie się na brzuchu z głową w kierunku północnym, a następnie przewrócenie się na plecy. Dookoła wisiały także informacje ostrzegawcze przed silnymi mocami, z których trzeba umiejętnie i z szacunkiem korzystać oraz ostrzeżenia przed „przywłaszczaniem” elementów należących do kręgów (patrz zdjęcia). Zdjęliśmy buty i zaczęliśmy stąpać po wilgotnej ziemi. Obok przeszła rodzina wracająca do samochodu. Zostaliśmy sami. Z burzą oraz tajemniczymi kręgami. Położyłam się w środku według wskazówek. Na twarz spadały kropelki deszczu, słoneczko ogrzewało ciało, a w oddali roznosiło się echo burzy, jakby ktoś uderzał twardym przedmiotem w blachę. Leżałam rozkoszując się chwilą i czując niesamowite odprężenie. Po kilku minutach wstałam i według zaleceń podziękowałam duchom strzegącym kręgu. Chyba mnie zaakceptowały, bo pozwoliły rozejrzeć się dalej 😊 Postępowaliśmy według wskazówek zamieszczonych na wszystkich tabliczkach przy każdym kręgu. Czułam się szczęśliwa, pełna energii i niesamowicie zrelaksowana. Doszliśmy do Jeziora Długiego obok ostatniego kręgu i podziwialiśmy jego brzeg. Podobno jest przedłużeniem linii energetycznej kamiennych kręgów… Burza nadal oprowadzała nas po wszystkich miejscach.

Po prawie dwóch godzinach, pożegnaliśmy się z miejscem, spojrzeliśmy ostatni raz na kręgi i ruszyliśmy ścieżką do samochodu. W drodze powrotnej mijając „ścianę” lekko zakręciło mi się w głowie, Krzysiek tym razem doznał podobnego uczucia. Uśmiechnęłam się i podziękowałam za ten wspaniały czas. Wróciliśmy na pusty parking. Przeczytałam tablice informacyjne, na które wcześniej nie spojrzałam, a potem nacisnęłam klamkę drzwi samochodu. W tym czasie burza wydała ostatnie tchnienie. W tchnieniu tym zdawało mi się, że usłyszałam głos ducha strzegącego kamienne kręgi…

– Żegnajcie – odparł.

– Żegnaj, jeszcze się spotkamy – pomyślałam.