Bali zachwyca swoja kulturą i pięknem. To tu, na małej indonezyjskiej wysepce wyznaje się jedyną w swoim rodzaju, endemiczną religię – hinduizm balijski. Religia ma tu niesamowicie wielkie znaczenie. Nie bez powodu Bali nosi miano wyspy bogów, bo wyspa ta jest wręcz przepełniona bogami, bożkami, duchami, opiekunami i demonami. Ciężko się na któregoś nie natknąć. Dlatego Balijczycy dobrze dbają o swoje bóstwa. Wznoszą dla nich świątynie, modlą się i składają ofiary. Ofiary na liściach palmowych są jednym z najbardziej charakterystycznych elementów balijskiego krajobrazu. Nie sposób ich przeoczyć, leżą dosłownie wszędzie: na ulicach, chodnikach, w restauracjach, bankach, kantorach, samochodach, na skałach itd… Spacerując po miasteczku trzeba uważać, żeby ich nie rozdeptać. W ofiarach możemy dostrzec kolorowe kwiaty, owoce, czasem słodycze i papierosy. W każdą ofiarę powtykane są też kadzidełka. To właśnie one nadają wyspie niepowtarzalnego klimatu. Zapach unosi się wszędzie całymi dniami i przywołuje niesamowite wspomnienia po powrocie do domu. Nie sposób przeoczyć także pięknych świątyń, które wyrastają jak grzyby po deszczu w każdym zakamarku wyspy. Odbywają się w nich codzienne rytuały i święta, a po murach świątyń skaczą zadowolone małpy czekając aż ktoś rzuci coś do jedzenia. Balijczycy większość swoich pieniędzy przeznaczają na obrzędy religijne. Niekiedy zbierają na pogrzeb jeszcze długo po śmierci bliskiej osoby. W tym wypadku zakopuje się członka rodziny w tymczasowym grobie, po to, żeby za kilka lat uzbierać pieniądze na uroczystą ceremonię i odkopać zmarłą osobę, a następnie wyprawić wielką uroczystość. Ceremonia odbywa się raczej w radosnej atmosferze ponieważ Balijczycy wierzą, że zmarłego czeka kolejne wcielenie. O religii Balijczyków, wszystkich świętach i rytuałach można by opowiadać bardzo długo. Część rzeczy napisałam bezpośrednio w czasie podróży po Bali i możecie znaleźć je we wcześniejszych blogowych wpisach. Zapraszam do lektury 😊

Dzisiaj jednak chciałabym poruszyć inny temat. Temat, który dręczył mnie w czasie całej wyprawy i zadziwiał mnie coraz bardziej…

Religia balijska opiera się na trzech filarach relacji. Są to: relacja między człowiekiem a Bogiem, relacja między ludźmi i relacja między człowiekiem, a naturą. Dopiero harmonia między tymi wszystkimi elementami wszechświata może dać pełnię szczęścia. Poszanowanie dla drugiego człowieka, dla przyrody i zwierząt powinno być zatem rzeczą naturalną. Tego się właśnie spodziewałam po religii hinduistycznej, wywodzącej się z buddyzmu, głoszącego równość wszystkich ludzi oraz miłość do bliźnich i do zwierząt. Te piękne, szlachetne zasady wykorzystywane w praktyce mogłyby sprawić, że świat stałby się wspaniałym miejscem dla każdego ale…

„ale…co tu się dzieje…” – pomyślałam. Szłam właśnie po dywanie utkanym ze śmieci na piaszczystej plaży, nad lazurową wodą, przy pastelowym zachodzie słońca. Śmieci wypełniały każdy zakątek wyspy (poza kurortami wypoczynkowymi, które są regularnie sprzątane). Przyzwyczaiłam się do tego widoku, który towarzyszył mi codziennie przez trzy tygodnie, jednak nie mogłam się nadziwić. „Harmonia między człowiekiem, a naturą” szumiało mi w głowie, a ja nie mogłam nic z tego zrozumieć… Ale jak to? Przecież codziennie się modlą, składają ofiary, odprawiają rytuały, a co potem? Czemu nie potrafią stosować zasad, które wyznają…?

W głowie kłębiły mi się wszystkie obrazy, które widziałam na wyspie. Naciąganie turystów, kłamstewka, niszczenie przyrody i okrutne traktowanie zwierząt. Tak…miłość do zwierząt kompletnie nie miała zastosowania. Z bólem serca i łzami w oczach robiłam zdjęcie każdemu zwierzęciu napotkanemu na drodze z nadzieją, że moja relacja otworzy oczy wielu ludziom (zdjęcia w galerii pod wpisem).

Już pierwszego dnia przechadzając się po ulicach Kuty w jednej z restauracji napotkałam homary trzymane całe życie w plastikowych butelkach, a tuż obok nich w sąsiednim pojemniku kraby ze związanymi szczypcami. Te zwierzęta nigdy nie zaznały wolności.

Jednym z najsmutniejszych widoków jaki spotykałam codziennie na wyspie były ptaki w klatkach. Wszędzie, przy każdym domu i restauracji wisiało pełno klatek z ptaszkami, które nigdy nie rozprostują swoich skrzydeł. Ptaka razem z klatką można kupić na każdym targowisku i jest to niezwykle modne.

Ważnym elementem kultury na Bali są walki kogutów. Jest to dla balijczyków świetna rozrywka, czego nie mogą powiedzieć o tej tradycji koguty. Trzymane są obok siebie w ciasnych wiklinowych kopułach i drażnione patykami, aby wzbudziły w sobie chęć walki. W czasie walki jeden z kogutów ginie, a drugi zazwyczaj jest tak poraniony, że również zostaje zabity. Często, aby urozmaicić walkę, przyczepia się do kogucich łapek dodatkowe „szpony”, które mają skuteczniej rozszarpywać przeciwnika. Świetna rozrywka zaraz po wyjściu ze świątyni…

Widziałam także kolorowe koguty…różowe i żółte…malowane w farbie, żeby ładnie wyglądały.

Znacie Luwaka? Jadąc na Bali na pewno będziecie poczęstowani najdroższą kawą świata Luwak caffe (kopi Luwak). Jest to kawa robiona z odchodów pięknego stworzonka – luwaka, który żywi się ziarnami kawy. Z nadtrawionych i wydalonych ziaren kawy wytwarza się „ekskluzywny towar”. Nie skosztowałam tej kawy. I nie dlatego, że się brzydziłam, ale dlatego, że nikt nie chodzi po dżungli i nie szuka odchodów luwaka. Luwaki są trzymane w klatkach i są karmione ziarnami kawy. Te cudowne, nocne stworzonka potrzebują ruchu i przestrzeni. Niestety, ludzie upodobali sobie ich kupy, jednocześnie zabierając im wolność.

Kiedy spacerowałam po jednej z wiosek zostałam zaproszona przez gospodynię do balijskiego domu. Gdy weszłam na podwórko zamurowało mnie. Cztery świnki, stały w czterech pojedynczych klatkach tak ciasnych, że nie były się w stanie nawet odwrócić. Z tyłu były tylko otwierane drzwiczki, aby właścicielka mogła sprzątać odchody, które robiły pod siebie na beton. W ich oczach było tyle smutku i błagania. Patrzyły na mnie z nadzieją w oczach i prośbą o pomoc. Nie mogłam nic zrobić. I to uczucie było najgorsze… Przeprosiłam je za los, który stworzyli im ludzie i obiecałam, że zrobię wszystko, aby opowiedzieć ich historię. Wierzę, że świat zmieni się kiedyś dla tych biednych istot, traktowanych w tak nieludzki sposób, a jednocześnie tak wspaniałych i mających takie samo prawo do godnego życia jak człowiek.

Widziałam przywiązane krowy. Widziałam kury stłoczone po dziesięć w klatkach, z  których wystawały tylko ich wystraszone łebki. Widziałam mnóstwo schorowanych, bezdomnych psów na ulicy, na które nikt nie zwracał uwagi. Widziałam umierającą rafę. Widziałam śmieci.

Widziałam też piękno. Piękno świata, wyspy i ludzi. I ich moc, aby to wszystko naprawić.

W Gestohouse „ecoturism” do którego trafiliśmy  właściciel wieczorami, kiedy wszyscy zbierali się na kolację, brał mikrofon, stawał przed wszystkimi i poruszał różne kwestie. To co mówił było piękne i prawdziwe. Opowiadał o swojej historii zdrowotnej, o tym że postanowił uprawiać ekologiczne warzywa, że wszystko w restauracji ma z własnych upraw. Zachęcał do stania się „green” i do zadbania o środowisko. Opowiadał o śmieciach, które wszędzie się walają, o wycinaniu deszczowych lasów i o równowadze pomiędzy naturą, a technologią. Słuchałam zahipnotyzowana… wspaniale! To był jeden z tych momentów kiedy widzę w Nas moc, aby to wszystko naprawić.

Bo to co ujrzałam, to nie jest obraz tylko z Bali. Tam po prostu wszystko było na widoku. W Europie wszystko jest skrzętnie skryte za murami. Za murami masowych hodowli krów, kratami pseudohodowli psów i za kopułami cyrków.

Ludzie przestali dostrzegać to, co w religiach najważniejsze, ich największy przekaz – MIŁOŚĆ.

Miłość, o której opowiadał Jezus, Budda i Kriszna.

Zatraciliśmy się w obrzędach i rytuałach, czekając aż coś sprawi, że nasz los się odmieni. A my już dostaliśmy największy z możliwych darów, za który jestem codziennie wdzięczna – wolną wolę. Dzięki temu darowi możemy sami zmienić świat własnymi czynami i wyborami 😊