Wyjeżdżamy z Pemuteran! Nie ma nic prostszego 🙂 Wystarczy stanąć na ulicy i chwilę zaczekać. Lokalne bemo zjawia się po 5min. Plan jest taki: dostać się do Singaraji, wypożyczyć samochód, zwiedzić najbliższą okolicę, zwrócić samochód i z Singaraji pojechać nad jezioro Batur.
Plan nie wypalił, bo okazało się, że w drugim co do wielkości mieście na Bali nie ma wypożyczalni. Trochę nas to zaskoczyło. Najbliższa wypożyczalnia w Lovinie nie miała wolnego samochodu.
Cóż było robić, łapiemy kolejne Bemo i kierujemy się na południe do wodospadu GitGit 🙂 Po drodze na straganiku kupujemy dwie paczki orzechów makadamia i się zajadamy. Wodospad bajeczny, dookoła pustki, kilkoro ludzi przewinęło się, aby cyknąć fotki, spokój. Siedzimy tam z dwie godziny i musimy się zbierać zanim zastanie nas ciemność. Na Bali zawsze ok 18 zachodzi słońce, dlatego Balijczycy kładą się wcześnie spać i wcześnie wstają. Już przed wschodem wszystko budzi się do życia. Sprzedawcy wystawiają swoje towary oraz uliczne jedzenie. Zanim turyści podniosą się z łóżek Balijczycy zakończą wszelkie transakcje 😉

20161020_165052
Ponownie wychodzimy na ulicę, ale wszystkie zapytane osoby mówią, że o tej godzinie bemo już nie złapiemy…zero busów, zero taksówek. Nie ma wyjścia, trzeba sprawdzić jak działa łapanie stopa w Indonezji. Działa perfekcyjnie! 5 min i jedziemy dalej w okolice jeziora Danau Buya – tam chcemy zanocować. Kierowca wysadza nas przy gesthousie o nazwie „Ecoturism” i jest pierwszą osobą na Bali, która nie bierze od nas pieniędzy za swoją usługę! Życie potrafi zaskoczyć 🙂 Przyzwyczajasz się, że za wszystko trzeba płacić, aż zjawia się ktoś kto wybudza Cię ze schematu i pokazuje, że nie wszyscy są tacy sami. Myślę, że po to właśnie się podróżuje, aby obalać mity, schematy i zbierać doświadczenia.
Gestohouse „ecoturism” okazał się strzałem w dziesiątkę. Artyści, backpackersi i… niesamowity właściciel. Wieczorem, kiedy wszyscy zebrali się na kolację, wziął mikrofon, stanął przed wszystkimi i wygłosił wykład. To co mówił było piękne i prawdziwe. Opowiadał o swojej historii zdrowotnej, o tym że postanowił uprawiać ekologiczne warzywa, że wszystko w restauracji ma z własnych upraw. Zachęcał do stania się „green” (zielonymi) i do zadbania o środowisko. Opowiadał o śmieciach, które wszędzie się walają, o wycinaniu deszczowych lasów i o równowadze pomiędzy naturą, a technologią. Słuchałam zahipnotyzowana. Po wykładzie wraz z kolegami zaczęli koncertować 🙂 Muzyka porwała na parkiet, a ja uczyłam się od balijskiej dziewczynki tradycyjnego tańca (zdecydowanie za trudny!!!). To był jeden z tych momentów kiedy czujesz, że wszystko jest na swoim miejscu, że cały splot zdarzeń po drodze zaistniał tylko po to, żeby pojawić się „tu i teraz” i cieszyć się tą chwilą… Wspaniale!

Późnym wieczorem zaczyna się dziać z nami coś dziwnego 😛 Okazało się, że przesadziliśmy z makadamią i nasze żołądki nie chciały jej strawić. Cała noc nieprzespana z powodu bólu brzucha. Cóż łakomstwo ma swoje konsekwencje. Chyba już nigdy nie zjemy tych orzechów! Na szczęście z pomocą ruszył imbir od Pani gospodyni 🙂 20161021_112538
To jest odpowiedni moment żeby zaznaczyć, że ani razu nie borykaliśmy się z zatruciami pokarmowymi, mimo że jadaliśmy w ulicznych warunkach. W Polsce żaden z tych „lokali” nie zostałby dopuszczony przez sanepid, a my zajadaliśmy się tu ze smakiem 🙂 Ci co mnie znają wiedzą, że zawsze źle się czuję po zjedzeniu czegoś nieświeżego i często zdarza mi się ból żołądka i migrena po zjedzeniu w przypadkowej knajpie. Tu jadam na ulicy i nic! Niesamowite 🙂

Wstaliśmy następnego dnia bardzo wcześnie, żeby udać się malowniczą trasą przez dżunglę i plantacje kwiatów do przepięknego wodospadu ukrytego w gęstwinach. Byliśmy tam (poza dwoma balijczykami) zupełnie sami! Szybko wskoczyłam w strój kąpielowy i pływałam pod wodospadem. Ale to była frajda! 🙂 Po powrocie wypożyczonym skuterkiem pojechaliśmy nad jeziorko Tamblingan. Znad jeziorka wyłaniały się szczyty gór, dookoła ciągnęła gęsta ściana lasu, a nad brzegiem stała stara świątynia. Balijczycy zajmowali się swoimi sprawami. Jedni łowili ryby, inni zbierali rośliny, jeszcze inni jeździli na crossowych motorach. Było coś magicznego w tym miejscu, nie umiem opisać tego słowami, ale czułam się tam cudownie. Zostaliśmy do zachodu słońca. Potem zorientowaliśmy się, że nie działa nam światło w skuterze i nie było nic widać (jak się później okazało, światło jednak działało:P). Po zachodzie na Bali robi się czarno i jeśli nie jesteś w jednym z głównych miast, to nie masz co liczyć na latarnie uliczne. Ciemno i już. Mieliśmy ze sobą czołówki. Zamontowaliśmy na skuterze i pojechaliśmy w ciemność.

20161022_062455Kolejnego dnia postanowiliśmy ruszyć dalej. Ciężko w tym miejscu było o bemo, więc ponownie łapaliśmy stopa. Przemiły Pan podwiózł nas do świątyni Ulun Danu Beratan. Zobaczyliśmy świątynię i kolejnym stopem ruszyliśmy po głównej ulicy, aż do zakrętu prowadzącego do wioski Jatiluwih. Wioska słynie z największych ryżowych tarasów na wyspie i musieliśmy się tam dostać. Do wioski prowadzą boczne uliczki i nie jest łatwo złapać transport. Większość osób wykupuje w to miejsce autokarowe wycieczki z większych miast. My utknęliśmy w małej, nieturystycznej miejscowości. Zaczepił nas jeden Pan, który zaoferował podwózkę. Zażądał jednak kosmicznej sumy i strasznie mnie zdenerwował, więc odmówiłam i ruszyliśmy z torbami przed siebie.
Przeszliśmy ok kilometr, gdy w końcu zatrzymał się jakiś samochód…ufff.
Zajrzałam z ciekawością do środka i moim oczom ukazał się ten sam facet! Wziął inny samochód, przebrał się i ponownie zaoferował swoją podwózkę!! Nie mogłam w to uwierzyć. Patrzyłam z niedowierzaniem, a Krzysiek prowadził rozmowę. Koleś zaoferował tę samą kwotę! O nie, krzyczę! Nie jedziemy z Tobą! Powiedziałam, że nie zapłacę, trzasnęłam drzwiami i kazałam odjechać! Ale on nie odjechał…stał na poboczu z zamkniętymi drzwiami, a Krzysiek uświadomił mnie, że to nie ten sam facet 😛 upssss….
Co najśmieszniejsze koleś bardzo nas polubił! Zaprosił nas do auta godząc się na naszą cenę i pochwalił mnie za umiejętność targowania 😀 Dostałam nawet od niego prezencik. Pan śmiał się i rozmawiał z nami całą drogę.
To był chyba zwrotny moment w naszej podróży. Od tego momentu nie było targowania bez odwracania się na pięcie i odmowy 😛 Zazwyczaj wszyscy od razu się godzili, a jeśli ktoś się nie zgodził to oznaczało, że kolejnym razem powinniśmy zaoferować nieco wyższą kwotę 😉 Odkryliśmy tajniki balijskiego marketingu i sprzedaży 😀

Popołudniu dotarliśmy do Jatiluwih. Oczywiście na wjeździe do wioski pobrano od nas opłatę za wjazd. Jeśli jest jakaś szansa zarobienia pieniędzy, Balijczyk na pewno ją wykorzysta.
Pola ryżowe, które odsłoniły się przed nami były obłędne. Udaliśmy się na spacer. W środku ryżowych pól złapała nas ulewa. Razem z krówkami  przeczekaliśmy ją pod daszkiem i ruszyliśmy dalej.
Obiad zjedliśmy przy naszym gesthousie, który znajdował się tuż przy drodze wiodącej na pola. Pan właściciel był niesamowicie wesołym człowiekiem, a jego koszulka była kolekcją plam różnego pochodzenia. Pomiędzy plamami prześwitywał pomarańczowy kolor materiału. Szef z dumą nosił ową koszulkę i serwował w niej dania obiadowe 🙂20161023_113449

Obudziliśmy się wcześnie rano, aby zobaczyć wschód na ryżowych tarasach. Pogoda nam dopisała i wyszło piękne słoneczko. W południe w tym miejscu zazwyczaj pada. Zrobiliśmy masę zdjęć i udaliśmy się busem ponownie do Ubud. Chcieliśmy wypożyczyć auto i pojechać pod wulkan Gunung Agung, aby się na niego wdrapać. Wulkan mierzy 3142 m. wysokości i wśród Balijczyków jest zwany świętą górą.
Wszystkie wypożyczalnie, które znaleźliśmy w internecie wymagały międzynarodowego prawa jazdy, którego my nie mieliśmy. Poznałam jednak już na tyle Balijczyków, że wiedziałam, że musi być jakiś sposób, aby ominąć ten przepis. Może w przydomowej wypożyczalni nie będą wymagać dodatkowych papierków? Hmmm ale gdzie jej szukać? Idziemy ulicą i jesteśmy zaczepiani przez taksówkarzy oraz panów oferujących wycieczki i skutery. W odpowiedzi na zaczepki za każdym razem rzucałam hasło „car rental” i nagle odpowiedź! Nie mam samochodów, ale mój brat ma, wsiadajcie! I wsiedliśmy… na mały skuterek, w trzy osoby i dwa spore plecaki 😀 Dostaliśmy auto! Nie tylko nie zapytano nas o międzynarodowe prawko, ale w ogóle nie poprosili o żaden dokument! Takie rzeczy tylko na Bali 🙂 Wszystko na słowo honoru i to wystarczy…niesamowite 🙂
Jeszcze nigdzie nie widziałam takiej samoorganizacji jak tutaj. Czegoś potrzebujesz, wychodzisz na ulicę, pytasz, zostajesz przekierowany z miejsca na miejsce, ale w końcu sukces! Balijczycy mocno ze sobą trzymają. Wszyscy są w jakiś sposób powiązani i polecają siebie nawzajem. Trzeba dobrze znać ten schemat, aby nie dać się nabrać na niebotyczne ceny, tylko osiągnąć cel 🙂

20161019_162952-01Tak zaczyna się nowa przygoda. Prawie dwa tygodnie jazdy po wyspie lokalnymi bemo, skuterkami i stopami, a teraz wielka szkoła jazdy na indonezyjskich ulicach i to po złej stronie drogi! Oczywiście Krzysiek prowadził, a ja sprawdzałam się jako nawigator 😉
Ruszyliśmy nad jezioro Batur. Planowaliśmy spędzić tam noc a kolejnego dnia wspiąć się na wulkan Gunung Agung. Potem zobaczyć okolicę, wrócić do Ubud, oddać samochód i udać się na małe wypoczynkowe wakacje, aby odsapnąć po męczącej podróży.
Po drodze zahaczyliśmy o „tradycyjną wioskę”. Za wstęp trzeba zapłacić, bo mieszkańcy wioski zaczęli żyć z turystyki! Wchodzisz do wioski, zapraszają Cię do domu, pokazują wszystko, a na koniec zaprowadzają do sklepiku. Bali cały czas zadziwia 🙂 Na dodatek wszyscy powiedzą Ci, że to jedyna tradycyjna wioska, ale jak można nazwać coś tradycyjnym skoro jest jedynym? 😛 Widzieliśmy mnóstwo prawdziwych wiosek. Może nie tak zadbanych jak ta płatna, ale naturalnych i pięknych. Właśnie taką wioseczkę znaleźliśmy nad jeziorem Batur. Nie dość, że piękna to jeszcze za darmo.
Pogoda nad Baturem była deszczowa. Rano pojechaliśmy do świątyni Pura Ulun Danu Batur po drugiej stronie jeziora i nie spodziewaliśmy, że nieźle się wkopiemy. Okazało się, że w świątyni jest święto. Tłumy wierzących zablokowały całą drogę, a my poruszaliśmy się w żółwim tempie po wąskich, krętych, dziurawych uliczkach. Nie ma co, mamy szczęście do świąt 🙂

Deszcz nadal pada. Pojawiła się burza. Chyba nie damy rady wejść na wulkan. Pogoda na przyszłe dni w górach też nie zapowiada się ciekawie. Szybka zmiana planów. Zwiedzimy okolicę, pojedziemy odpocząć, a wulkan zostawimy na koniec wyjazdu.
Kierunek Amed. Tam spędzamy noc delektując się szumem fal.
Następnego dnia, po drodze do Ubud wjeżdżamy do wioski Bali Aga, czyli pierwotnych mieszkańców wyspy. Na wejściu składa się „dobrowolne datki”. Owe dobrowolne datki spotykałam przed wszystkimi świątyniami na Bali i były obowiązkowymi dobrowolnymi datkami.
Mieszkańcy wioski Bali Aga żyją swoje życie, ale mam dziwne wrażenie, że sprzedawcy różnych wyrobów i pamiątek w wiosce są zwykłymi balijczykami przyjeżdżającymi tu do pracy. Moje podejrzenie zwrócił sprzedawca miodu i plecionych koszyków. Kiedy go poprosiłam, aby opowiedział mi coś o plemieniu Bali Aga nie był w stanie nic mądrego powiedzieć, a świetnie mówił po angielsku! No cóż zaczęłam się przyzwyczajać, że tak po prostu tu jest.

Ruszyliśmy do Sidemen, wioski słynącej z tkactwa. Wioska cicha, spokojna i otoczona polami ryżowymi. Wprosiliśmy się do jednego z domów aby zobaczyć tkające Panie w akcji 🙂
Pozostał nam do odhaczenia jeszcze jeden punkt- bazar w Sukawati. Zakupiłam piękną maskę i drewniany obraz na ścianę.

Po zakupach dotarliśmy w końcu do Ubud. Tym razem już ostatni. Żegnamy się z miastem spacerując późnym wieczorem po uliczkach. Po raz pierwszy dostrzegamy jak wiele malarskich i rzeźbiarskich dzieł można tu kupić. Galerie ukryte są wszędzie i są bardzo piękne. Jakoś wcześniej nie doceniliśmy kulturowej stolicy Bali 🙂
Zatrzymujemy się w tym samym guesthousie co ostatnio. Rozmawiamy z właścicielami i opowiadamy, że chcemy jechać odpocząć na Gili Islands na Lomboku. Po 10 mim przebiega Pan oferujący podwózkę i szybką łódź. O nie, mówimy. My chcemy lokalnym transportem i tanio. Ale ja mam tanio odpowiada i rzuca cenę. Patrzymy ze zdziwieniem. Faktycznie tanio. No tak, rano wycieczka, a Panu brakuje dwóch osób do kompletu. No cóż, skoro jedziemy odpocząć… Łamiemy trochę nasze zasady i dajemy zawieźć się na Gili Meno 🙂 Wakacje to wakacje, a bemo poznaliśmy już bardzo dobrze 😉
Jedziemy zwiedzać wysepkę! Hurrra!

20161021_141012-01