Od tygodnia jestem na Bali i mogę śmiało powiedzieć, że co nieco poznałam już tę wyspę oraz ludzi, którzy na niej żyją. Przed wyjazdem przeczytałam sporo informacji o tym kierunku podróży, więc mniej więcej wiedziałam czego mogę się spodziewać. Wiadomo jednak, że dopóki sam nie doświadczysz, to nigdy nie będziesz wiedział.
Razem z Krzysiem wstępnie postanowiliśmy zjechać Bali dookoła i udać się na Jawę albo Lombok. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Lombok, ponieważ od Yogyakarty, do której chcieliśmy dotrzeć dzieli nas kawałek drogi. Nie spodziewaliśmy się, że podróżowanie po Bali będzie tak powolne, choć wyspa jest dosyć mała. Chcieliśmy podróżować lokalnymi środkami transportu i poznać dokładnie życie Balijczyków. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to będzie dla nas prawdziwe wyzwanie…
Gdy wylądowaliśmy na lotnisku w Denpasar rzucił się na nas od razu tłum dzikich taksówkarzy. Szli pospiesznie razem z nami i miałam wrażenie, że uczestniczę w jakiejś paradzie. Zażądali olbrzymich sum, ale na szczęście byłam przygotowana na to i wiedziałam do jakiej ceny mogę się targować. Przepłaciwszy kilka razy mniej, pojechaliśmy do guesthouse’a w Kucie.
Nie był to duży balijski dom, ale nie zabrakło w nim ogrodu z ołtarzem i posągami bogów.
Rankiem zrobiliśmy krótki spacer żeby zerknąć na plażę w Kucie i zaszyć się w małe uliczki. Wiedzieliśmy, że Kuta, Denpasar i całe południe wyspy jest bardzo turystyczne, dlatego nie zamierzaliśmy tu zostawać. Oczywiście jest to raj dla tych, którzy przyjeżdżają popływać, poopalać się, poimprezować i skorzystać z wszelkich udogodnień, ale my szybko uciekliśmy.
Złapaliśmy taxi, które zawiozło nas na lokalny dworzec autobusowy. Jeśli chcesz się tam dostać musisz znać jego nazwę i konkretnie powiedzieć, że chcesz się dostać na dworzec. Jeśli zapytasz Balijczyka, gdzie jest dworzec autobusowy, to albo powie, że nie ma i zaoferuje swoją podwózkę, albo pokaże Ci turystyczne shuttle busy z firmy jego znajomego, 20161013_140701-czarzekając się, że nie ma innego sposobu 🙂 My wiedzieliśmy, że dworzec jest i tam właśnie pojechaliśmy. Gdy na dworcu rzuciliśmy hasło Ubud od razu przybiegło kilku kierowców, których lokalne busy (zwane tu bemo) nagle zamieniły się w lokalne taksówki. O nie!! My chcemy normalnym bemo! Znaleźliśmy nasz przystanek i powiedzieliśmy, że zaczekamy. Kierowca zdziwiony powiedział, że to może potrwać kilka godzin.  Nie szkodzi, zaczekamy, powtarzam. Tutaj jak i w wielu innych tropikalnych krajach autobusy nie mają rozkładu jazdy. Bemo rusza z przystanku dopiero kiedy autobus cały się zapełni. W naszym bemo 80% miejsc zajmowały paczki, więc zmieściłaby się jeszcze oprócz nas jedna, może dwie osoby. Przy każdym dworcu, jak i na mniej turystycznych ulicach stoją tzw warungi, czyli uliczne budki z jedzeniem. Zamówiłam ryż, czyli nasi, z wegańskimi dodatkami. Nie ma tu żadnego problemu z kuchnią wegańską. Nie jest dla nikogo niczym dziwnym, że zamiast mięsa biorę tofu, tempeh, makaron ryżowy, soję, czy fasolkę 🙂 Poza tym te produkty dostępne są po prostu wszędzie! Ledwo zapłaciłam za danie, a kierowca krzyczy, że czas odjeżdżać. No to ruszamy! 🙂

W południe dotarliśmy do Ubud, które nazywane jest kulturową stolicą bali. Wszędzie widać typową balijską zabudowę. Ciężko tu odróżnić dom od świątyni. Typowe balijskie mieszkanie, to ogrodzony murem z piękną wejściową bramą obszar. W środku znajdują się osobne domki. Jedne domki to sypialnie, inne to kuchnia, czy warsztaty pracy. W środku zawsze jest piękny ogród, a w nim rozmieszczone posągi bogów i ołtarz. Taki właśnie dom znaleźliśmy idąc ulicą i właśnie tam zostaliśmy dwa dni. Samo Ubud było niesamowicie tłoczne i pełne turystów. Życie i kulty Balijczyków mieszały się z turystycznym życiem. Samym Balijczykom to nie przeszkadza. Mimo, że napływają do nich różne kultury i religie pozostają wierni swoim obyczajom. Na Bali przeważającą religią jest hinduizm, chociaż występuje on tu w jedynej w swoim rodzaju, endemicznej formie. Przechadzając się ulicami wszędzie pod stopami leżą ofiary z kwiatów w specjalnych koszyczkach. Wkłada się do nich kadzidełka, którymi pachną całe ulice, a czasem owoce, ciasteczka i papierosy. Ofiary leżą pod każdym domem, sklepem, w bankach, świątyniach, kantorach, za wycieraczkami samochodów.
Pierwszego dnia przespacerowaliśmy się do Małpiego Lasu. Wszędzie skakały rozpieszczone małpki makaki , które wykradały turystom jedzenie, ciągnęły na korale i zawieszki na plecakach. Przed wejściem kupowało się banany, którymi można było nakarmić małpki. Sam lasek był piękny i dawał poczucie namiastki prawdziwej dżungli.
Drugiego dnia wypożyczyliśmy skuter. Jest to najpopularniejszy środek transportu na Bali. Na ulicach jest bardzo tłoczno, a przepisy ruchu drogowego są umowne i zna je każdy balijczyk. Na skuterze jeździ każdy, nawet dzieci i przewozi się na nich dosłownie wszystko. Ostatnio widziałam mężczyznę prowadzącego skuter z małym dzieckiem pod pachą, a z tyłu żona w ciąży. Wszyscy bez kasków. Najlepsze jest to, że Balijczycy jeżdżą bardzo intuicyjnie i uważają na siebie. Nie jeździ się tu szybko (w sumie nawet się nie da), dlatego wypadki drogowe występują bardzo rzadko.
Pojechaliśmy na słynne ryżowe tarasy, które faktycznie są bardzo piękne, ale zrobione mocno pod turystykę. Najlepiej zaszyć się gdzieś w głąb, tam dochodzi mało ludzi, bo nikomu się nie chce 🙂 Następny przystanek to dwie piękne świątynie. Trita Empul słynie ze swoich świętych źródeł, z którymi wiąże się legenda. Balijczycy przychodzą tu żeby się oczyścić. My również zażyliśmy kąpieli w źródłach 🙂 Gunung Kawi, czyli grobowce królów to świątynia położona w malowniczym miejscu. Wiodą do niej schodki w dół, a po drodze można podziwiać ryżowe pola. Wejście do świątyni to wykuta w skale dziura. Same grobowce królów również robią wrażenie. Trafiliśmy tam koło godziny 17 i uważam, że to najwspanialsza pora na zwiedzanie. Turyści przyjeżdżają na wycieczki około południa. Dlatego jeśli chcesz mieć spokój najlepiej zwiedzać rankiem albo wieczorem. Wracając do Ubud przejechaliśmy skuterkiem przez piękne wioski. Nie było tam żadnych turystów tylko piękne ryżowe pola i codzienne życie. Obok świątyń i balijskich domów dzieci grały w siatkówkę.
20161013_103705-cKolejnego dnia postanowiliśmy pojechać do Tanah Lot. Miejscowość jest niesamowicie okupowana przez turystów. Wybraliśmy ten kierunek tylko dlatego, aby Krzysiek mógł zrobić zdjęcie słynnej świątyni na skale. Cóż… fotografowie muszą odhaczyć swoje punkty na mapie 😉 Wyszliśmy rano szukać lokalnego bemo, wcześniej jednak zjedliśmy pyszne bakso u Pana na rogu naszej ulicy. Bakso to tutejsza zupa. Ryż, makaron ryżowy i tofu zalewa się wodą z ryżu i dodaje różne przyprawy. W oryginalnej wersji ma także mięso, ale bez problemu można poprosić o więcej tofu albo jajko. Kury chodzą tutaj wszędzie luzem, a gospodarze zbierają jajka. Na jajkach nie ma też  żadnych atestów. Po prostu – jajka z ogródka.
Do Tanach Lot dojechaliśmy z dwiema przesiadkami. Po drodze wsiadały staruszki z siatkami i dzieci w mundurkach wracające ze szkół. Nie obyło się też bez mocnego targowania 😉
Nie mówiłam Wam jeszcze, ale balijczycy traktują obcokrajowców jak chodzące bankomaty. Wszystkie ceny są zawyżone o kilkaset procent! Nawet jeśli jeździsz lokalnym bemo to nie płacisz tyle co tubylec, ale kilkanaście razy więcej po uprzednim stargowaniu z ceny kilkadziesiąt razy większej 😛 Kiedy chcesz zjeść w warungu na ulicy, również zapłacisz więcej niż Balijczyk, ale mimo wszystko wyjdzie taniej niż w restauracji. Balijczycy są mistrzami marketingu. Chcą wcisnąć Ci wszystko i to w niebotycznych cenach. To nie jest to samo co np w Egipcie, gdzie targowanie jest częścią kultury i bez problemu obniżają cenę. Balijczycy nie lubią się targować i kłamią patrząc prosto w oczy, że taniej się nie da, albo że nie można inaczej. Poza tym to bardzo mili i uśmiechnięci ludzie, jednak kiedy przychodzi do kwestii pieniędzy chcą jak najwięcej i to bez żadnych skrupułów.
W Tanah Lot znaleźliśmy niedrogi homestay, obejrzeliśmy zachód na tle słynnej świątyni, zrobiliśmy zdjęcia, zjedliśmy w restauracyjce dla tubylców i rankiem ruszyliśmy dalej.
Stanęliśmy na głównej ulicy (do której podwiozło nas taxi) i łapaliśmy bemo. Zjawiło się już po 20 min! My to mamy szczęście, czasem trzeba czekać kilka godzin.
Ruszyliśmy na zachód w stronę portu w Gilimanuk (jeszcze wtedy chcieliśmy popłynąć na Jawę). W busie poznaliśmy młode muzułmanki wracające ze szkoły. Przez godzinę rozmawialiśmy, śmialiśmy się i  było naprawdę wesoło. Po drodze spadł też lekki tropikalny deszczyk, którego piękny zapach rozniósł się po busie wykurzając dym papierosowy. Niestety na Bali można palić wszędzie, nawet w restauracjach i autobusach.
Okazało się, że Gilimanuk, do którego dojechaliśmy jest opustoszałe przez turystów. Jedyne hotele to kilka homestay’ów dla tubylców przy głównej ulicy. Były naprawdę w opłakanym stanie. Jednak mój instynkt kazał mi wejść w głąb uliczek, gdzie życie toczyło się spokojnie. I oto jest! Jedyny dosyć schludny gesthouse w spokojnej okolicy, w środku miasteczka. Muszę przyznać, że największą atrakcją turystyczną byliśmy my! Atmosfera była rewelacyjna! Wszyscy się uśmiechali i witali się z nami no i nikt nie chciał nam niczego sprzedać 😉 Wieczorem poszliśmy na plażę, która była 200 m od hotelu. Wzięłam kostium żeby popływać ale gdy doszłam do brzegu zamarłam. Wszędzie było pełno śmieci! Leżały na całej plaży i po kolana w wodzie. Wszystkie przypłynęły z oceanu… Tak…tak właśnie wygląda większość rajskich, turystycznych wysp. W kurortach luksus, a poza nimi śmietnisko. Poszliśmy kawałek dalej. Młodzież urządzała w wodzie wyścigi własnoręcznie robionych, pięknych katamaranów. Obok spacerowali starsi. Zachód słońca. Śmieci. Usiadłam na skale i patrzyłam jak w obrazek. Poczułam, że jestem we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Doświadczyć tego było czymś niesamowitym. Rankiem znowu przespacerowaliśmy się na plażę. Tym razem dorośli wraz z dziećmi zbierali plastikowe butelki.
Złapaliśmy bemo i ruszyliśmy do Pemuteran. Piękne miasteczko położone nad malowniczą plażą i w otoczeniu raf koralowych. Tu spędziliśmy trzy noce żeby chwilę odpocząć. Spełniłam swoje marzenie o pływaniu w morzu pełnym kolorowych rybek obok wyspy menjangan. Coś fantastycznego! Potem trekking po Parku Narodowym i szukanie czarnych małpek, które występują tylko w zachodniej części Bali 🙂

DCIM100GOPROG0721614.

DCIM100GOPROG0721614.

Ostatniego dnia w Pemuteran rozpoczęło się lokalne święto z okazji rocznicy świątyń. Tłumy Balijczyków odświętnie ubranych podążało do świątyni złożyć ofiary. Załapaliśmy się na jedną z ceremonii i zostałam poświęcona przez kapłana. Podpatrywałam innych jak to się robi. Najpierw musiałam trzy razy wypić wodę święconą, za czwartym razem wodę wylać na głowę a potem wziąć trochę ryżu i przykleić na czoło. Fajne doświadczenie i przeżycie pozwalające wtopić się w tutejszą kulturę 🙂
Przed nami kolejny tydzień, ciekawe co przyniesie 🙂