Zamknięta wyspa i tajemnicze rysunki- czyli początek naszej przygody w Peru

Zamknięta wyspa i tajemnicze rysunki- czyli początek naszej przygody w Peru

Podróż do Peru wzbudzała w nas wiele emocji a także pobudzała naszą wyobraźnie i ciekawość. Tak naprawę było kilka powodów, dla których zapragnęliśmy (ja i mój partner Krzysiek) właśnie tam pojechać.
Po pierwsze cudowne krajobrazy! Począwszy od oceanu, pustyni, gór, jezior, wulkanów, a skończywszy na dżungli.
Po drugie tajemnicza historia związana nie tylko z Imperium Inków, ale także z plemionami żyjącymi na tamtejszych ziemiach jeszcze przed naszą erą. 

Bogactwo kultury i przyrody plus owiane tajemnicą rysunki ludów Nasca i Paracas oraz zdumiewające budowle Inków rozbujały moją dziecięcą wyobraźnię.

Podróżowanie w krajach Ameryki Południowej nie jest trudne, a przynajmniej bardzo szybko można się go nauczyć.
W większych miastach wystarczy znaleźć terminal autobusowy, a w małych miejscowościach stanąć przy głównej drodze lub placu i po prostu czekać. Autobus zatrzyma się zawsze. Taki styl podróży bardzo mi odpowiada. Autobusy dalekobieżne odjeżdżają o konkretnych porach, ale busiki międzymiastowe odjeżdżają dopiero, kiedy zapełnią się wszystkie miejsca. Nie ma godzin, nie ma przystanków i nie ma problemów ze znalezieniem transportu 🙂 Asystenci kierowców nawołują pasażerów głośno wykrzykując nazwę miasta, do którego zamierzają jechać – nie sposób wsiąść do złego busika.

Takim właśnie autobusem ruszyliśmy pierwszego dnia ze stolicy Peru – Limy, na południe, wzdłuż wybrzeża. Pierwszym przystankiem był Park Narodowy na półwyspie Paracas. To właśnie tam mogliśmy się przekonać, jak nasze wyobrażenia często mijają się z rzeczywistością. Wcześniej nie rozumieliśmy dlaczego nikt nie chce podwieźć nas pod bramę wejściową do Parku Narodowego, tak jakby nie rozumieli, o co ich prosimy. W zamian wszyscy oferowali nam wycieczki i objazdówki po parku, które zresztą nie były tanie. Uparliśmy się, że pojedziemy sami i w końcu zaleźliśmy taksówkę, która za rozsądne pieniążki podwiozła nas do wejścia.

„To tutaj” powiedział kierowca zatrzymując się przy niewielkiej budce z biletami na środku pustyni.

Panowie, którzy sprzedawali bilety dziwnie się na nas spojrzeli… „Wiecie gdzie iść? Proszę, weźcie mapkę. Do muzeum macie 2km, a do plaży 8”

I ruszyliśmy pustą, asfaltową drogą przez pustynny krajobraz.

Do zachodu słońca nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Od rana byliśmy w podróży i nie spodziewaliśmy się, że w parku będziemy musieli pokonać tyle kilometrów po drogach, na których nie było w ogóle ludzi. Kiedy doszliśmy pod muzeum zrobiliśmy rozeznanie i pytaliśmy przewodników wycieczek, czy moglibyśmy zabrać się kawałek z nimi autokarem do czerwonej plaży, ale nie mogli nas przygarnąć. Ruszyliśmy więc dalej, wierząc, że jakimś cudem zdążymy zanim się ściemni 🙂 W przewodniu wyczytałam, że lepiej nie zapuszczać się tam samemu bez wycieczki. Może od 2014r. kiedy powstawał przewodnik sporo się zmieniło, bo z własnego doświadczenia nie mogę potwierdzić tego, co było tam napisane. Moje wewnętrzne przeczucie podpowiadało mi, że wszystko się uda. Ufam swojej intuicji i nie mogło być inaczej. Szliśmy dalej drogą żwawym krokiem, gdy nagle usłyszeliśmy samochód. Był to jeden z mieszkańców wioski leżącej na półwyspie. Pomachałam, zatrzymał się, wsiedliśmy i ruszyliśmy dalej.

Playa Roja (czerwona plaża) była przepiękna. Pustynne, piaskowe klify opadające urwistym zboczem do oceanu, obniżające się słońce, lekki wiaterek i kondory nad głowami. Naprawdę warto było dotrzeć w to miejsce. Nie wiemy jak długo delektowaliśmy się widokami, ale jedno było pewne – musieliśmy znowu złapać transport, aby nie iść przez ciemną noc. Długo nie czekaliśmy. Za plecami usłyszeliśmy szum nadjeżdżających kół. Furgonetka zatrzymała się obok nas, a pan kierowca gestem skinął na przyczepkę. Bez wymiany zbędnych słów, wskoczyliśmy na górę i popędziliśmy w stronę miasta.

Nazajutrz wstaliśmy jeszcze przed wschodem słońca i poszliśmy szukać śniadania. Podobnie jak szukanie transportu, nie jest to trudne. Sto metrów od naszego hotelu znajdował się mały placyk z ubitej ziemi. Na placyku pod palmami dwie panie „zaparkowały” swój wózek, rozłożyły stoliki i krzesełka i sprzedawały pyszne ciepłe jedzenie. Wszystkie miejsca przy stolikach były zajęte. Kupiliśmy ciepły ryż z ziemniakami i napój z kaszy quinoa i usiedliśmy na krawężniku. Dobre, ciepłe śniadanie można zjeść za ok 2-3 zł. Przez cały pobyt w Peru, kiedy to tylko było możliwe, stołowaliśmy się właśnie w takich miejscach. Talerze i kubki były na bieżąco zmywane wodą z wiaderka i podawane kolejnym głodnym osobom. Zapytacie, czy trudno o zatrucie? Już Wam odpowiadam. Mam niesamowicie delikatny żołądek. Kiedy tylko zjem coś nieświeżego, brudnego odrazu dostaję bólu głowy. Zdarzało mi się to często w polskich restauracjach (dlatego korzystam tylko z dobrej jakości, sprawdzonych restauracji), ale w Peru nie zdarzyło mi się to ani razu. Jadłam na ulicy i czułam się świetnie!

Jak widać nie zawsze potrzebujemy sanepidu i kontroli, aby było dobrze 🙂

Po śniadaniu planowaliśmy popłynąć łodzią na Islas Ballestas, żeby zobaczyć lwy morskie, pingwiny, pelikany i inne cudowne ptaki. Poszliśmy do portu gdzie kupiliśmy bilety i stanęliśmy w kolejce. Jakież było nasze rozczarowanie, kiedy okazało się, że z powodu fali Kapitan zabronił wypływania poza zatokę. Nasz plan kompletnie się zaburzył. Mieliśmy popłynąć na wyspy i ruszać dalej, a tu… nici. Musieliśmy podjąć decyzję, czy ryzykujemy i czekamy jeden dzień dużej, czy też jedziemy dalej. Zdecydowaliśmy zaczekać i zwiedzić okolicę. Udaliśmy się więc do najlepiej zachowanego na wybrzeżu miasta Inków – Tambo Colorado. Ku naszemu zdziwieniu, podczas uzupełniana spisu odwiedzin okazało się, że byliśmy pierwszymi odwiedzającymi od 4 dni! Pan z kasy biletowej otworzył przed nami furtkę do miasteczka i zostawił nas samych. Kręciliśmy się po korytarzach dawnego miasta, wyobrażając sobie, jak kiedyś wyglądało. Mury szeptały nam dawną historię, a my zatraciliśmy się w labiryncie dawnych uliczek.

Kolejnego dnia znowu staliśmy w porcie, czekając na łódkę na wyspy Ballestas. Kiedy kapitan ponownie odmówił wypłynięcia nie mieliśmy już wyjścia. Musieliśmy ruszać dalej. Ze smutkiem udaliśmy się do hotelu po nasze plecaki i ruszyliśmy wzdłuż drogi czekając, aż podjedzie jakiś busik. Nagle na końcu jednej z uliczek zauważyłam ponownie kolejkę w porcie. Dziwne…przecież nie można płynąć… pomyślałam. Postanowiliśmy to sprawdzić. Cofnęliśmy się do portu i okazało się, że Kapitan wydał zgodę na wypłynięcie na bliższą wyspę, Blancę. Nie tak dużą i ładną jak Ballestas, ale najważniejsze było to, że mieszkały na niej te same zwierzęta. Bez wahania wsiedliśmy do łodzi i popłynęliśmy.

Uradowani i spełnieni pędziliśmy już autokarem do miasteczka Nasca. Był to dla nas obowiązkowy punkt na mapie. Tajemnicze geoglify na pustyni fascynowały nas od dawna… Kto i po co wykonywał takie rysunki? Musieliśmy zobaczyć to na własne oczy. Wysiedliśmy z autobusu na pustyni przy punkcie widokowym. Wdrapaliśmy się na górę, skąd dostrzegliśmy 3 rysunki: drzewo, ręce i jaszczurkę. Następnie ruszyliśmy pieszo wzdłuż drogi do kolejnego punktu, jakim były pagórki na pustyni, z których było widać sieć lini biegnących w różnych kierunkach. Do dzisiaj nie wiadomo, czemu dokładnie miały służyć. Jedno jest pewne. Rysunki powstawały przez wiele pokoleń i bardzo się od siebie różniły- od linii i prostych kształtów po skomplikowane obrazki. To jedno z najbardziej niezwykłych i tajemniczych miejsc jakie widziałam. Niektórzy w ich powstaniu doszukują się kultów religijnych. Są jednak i tacy, którzy w rysunkach widzą dzieło przybyszów z innych planet… Kiedy następnego dnia lecieliśmy samolotem nad rysunkami, druga wersja zaczęła do nas coraz bardziej przemawiać… jaka jest prawda i czy kiedykolwiek rozwikłamy tę zagadkę? 🙂

Samo miasteczko Nasca było nieduże i bardzo urocze. Plac w centrum tętnił życiem, ale niewielu turystów zostawało tam na noc. Na miejscu zobaczyliśmy słynne inkaskie akwedukty, które funkcjonują do dzisiaj, zwiedziliśmy jedno z muzeów, ale najciekawszą przygodę zafundowało nam… Tico 😀 Czytając przewodnik zawsze wybieram miejsca, które najbardziej mnie zainteresują. Tym razem zaintrygowały mnie piramidy Cahuachi, zbudzane przez ludy Nasca, znajdujące się 20km od granic miasta. GPS bez problemu wyznaczył trasę, ale nie mogliśmy zrozumieć dlaczego nie dojeżdża tam żadna komunikacja. Musieliśmy znaleźć jakiś transport. Idąc przez miasto rozglądałam się, rzucając na lewo i prawo hasło „Cahuachi”. I oto zaczepiła nas kobieta oferując podwózkę swoim zielonym Daewoo Tico. Wsiedliśmy do środka i ruszyliśmy ładną asfaltową trasą, gdy nagle po 5km… Tico skręciło w środek pustyni. Przez 15 km podskakiwaliśmy na tylnej kanapie auta, pędząc przez pustynny pył i kurz, ślizgając się na piaskowych zaspach. Jak najszybciej, byle się nie zatrzymać, bo wkopiemy się na amen! Wystarczyło jedno zawahanie naszego rajdowca i Tico ugrzęzło w piasku. Cali od kurzu i potu wypchnęliśmy nasz pojazd z piachu i ruszyliśmy dalej, jak najszybciej, byle do przodu, byle się nie zatrzymać. I dotarliśmy! Do wyjątkowych piramid w sąsiedztwie tajemniczych rysunków, gdzie ponownie byliśmy zupełnie sami…

Tak… piramidy. Czy to nie ciekawe, że powstawały w tak różnych miejscach na świecie? Budowały je ludy Nasca w Peru, Majowie i Aztekowie w Meksyku, Egipcjanie w Egipcie… Powstawały też w Azji i Europie. Nawet nasi słowiańscy przodkowie budowali sterczące kopce, przez niektórych zwane piramidami. Czuję nutkę podniecania za każdym razem, gdy stykam się z nieznaną historią. Historią, o której za wiele się nie mówi, a która jest niezwykle intrygująca…

Piramidy Cahuachi były ostatnim przystankiem na drodze wzdłuż wybrzeża. Kręta droga do górskiego Cusco rozpoczęła kolejny, wspaniały etap naszej podróży.